czwartek, 19 lutego 2015

Rozdział 10. Nie damy się zabić!

Siedzę z Danielem w dużej jaskini należącej do Zurii. To coś w rodzaju szpitala. Pełno tu półek skalnych usłanych mchem. Jest mnóstwo rannych. Pozostałe przy życiu wodniczki się przy nich uwijają, mamrocząc pod nosem zaklęcia. Dwie z nich zszywają mi i Danielowi rany. Zuria zarządza wszystkim, obserwując wszystko swoimi białymi oczyma. Wcześniej Dorian wytłumaczył nam jakim cudem ja i Daniel wciąż żyjemy. Okazało się, że wszyscy ludzie zostali obdarzeni z pierwotnego powodu, którym była obrona ducha lasu. Duchy są w porównaniu z nami bardzo słabe. Ich, ciało, krew, kości powstały z magii, tym samym nie są zbyt trwałe. Za to ciało ludzkie nie ma z magią nic wspólnego. Podczas przemiany do trwałego ciała dodawana jest magia z ciała duchów. Tworzy się wtedy niesamowita moc. Magia wiąże się z niezwykłymi umiejętnościami, w połączeniu z trwałością powstaje monstrum stworzone do walki. To właśnie dla tego armia każdego lasu składa się głównie z hybryd ludzi i duchów. Jesteśmy maszynami do zabijania. Nawet Tymon który siedzi teraz niedaleko na jednej ze skalnych półek zabił kilka duchów. Te szeroko otwarte oczy... Daniel i ja też mamy takie. Kiedy dowiadujesz się, że ten wspaniały dar nie koniecznie był darem... Zostaliśmy oszukani, wykorzystani. To boli jak diabli. Nie mniej jak moje zszywane ramię. Wodniczka wbija igłę bardzo głęboko. Z pomiędzy zębów wyrywa mi się syk.
- Wybacz, rana jest głęboka, a przy wilczoskórych magia nie wystarczy- Zielonkawe usta wyginają się w delikatnym uśmiechu.Czuję jak Daniel chwyta mnie za rękę. Odwzajemniam uścisk i patrzę na niego ze smutkiem. Nasze spojrzenia się splatają.  Jakbym patrzyła w lustro, na jego twarzy są wszystkie moje emocje. Wzdycham.
- Nie mogę uwierzyć, że Lili nie żyje... - Wyrwało mi się. Głos mi drży. Znałam ją tak krótko, ale fakt że już jej nie ma obciąża mi serce jak wielki worek cementu. Daniel milczy, w jego oczach widzę współczucie.
- To była twoja przyjaciółka?- Nie wiem jak mu odpowiedzieć. Ledwie się znałyśmy, ale mimo to..
- Tak...- I znowu głos drży, muszę się uspokoić. Rozpaczanie nic teraz nie da.
-To jej siostra? - Wskazał ruchem głowy w kierunku jednej z półek, na której siedziała Raira.
- Tak...- Koło niej była Trian, dawała jej wody, ale ta wypływała z jej ust z powrotem do glinianej miski. Nawet nie drgnęła. Patrzyła w przestrzeń, całkiem jakby była gdzie indziej.
- Biedna...- Słowa Daniela jak zwykle były odzwierciedleniem moich myśli. Nasze pielęgniarki, skończyły swoją robotę zalewając nasze rany świętą wodą i odeszły.
- Ała, piecze... Co to? - Spytał usiłując zignorować szczypanie.
- To święta woda, woda nad którą odmówiono odpowiednie zaklęcie. To coś w rodzaju tutejszego spirytusu do odkażania, tylko dużo skuteczniejsze.- Spojrzałam na jego odsłonięty tors. Na piersi miał długą, płytka ranę. Podobne dwie były na jego brzuchu i ramieniu. Trzy razy otarł się o śmierć. On też przygląda się moim pamiątkom po walce. Mam głęboką ranę na przedramieniu i mnóstwo zadrapań na twarzy, szyi i rękach.
- Nie przejmuj się, za kilka godzin nie będzie śladu. - Mówiąc przejeżdżam delikatnie palcem po pięknie kontrastującej z jego skórą, czerwonej linii na piersi.
- Nawet po tym? - Dotyka opuszkami palców moje ramię.
- Zwłaszcza po tym, jestem wilkiem, regeneruję się jeszcze szybciej od ciebie. - Uśmiecha się.
- To dobrze. - Patrzę w te hipnotyzujące oczy i mimo wszystko muszę przyznać, że jestem szczęśliwa, że tutaj jest. Nasze przeznaczenie jest bardzo wyraźnie pokazane, od samego początku. Gdy jestem przy nim nie jestem bezpieczna, pod żadnym pozorem, ale czuję się jakby nic mi nie mogło się stać. Do naszych uszu dobiega szum poruszenia. Kątem oka dostrzegam ruch. Odwracam głowę. To Dorian wszedł do jaskini...  Dźwięk rogu. Fala duchów schodzących się wokół. Chyba przyszli wszyscy pozostali przy życiu. Koło Doriana stoją dwa elfy. Kobieta i mężczyzna, o bardzo jasnych, długich włosach i błękitnych, przenikliwych oczach. To nie kwiatowe elfy, to hybrydy, pół ludzie. Z boku widzę też Odettę. Wszyscy są poważni.
- Słuchajcie! - Daniel wspina się na spory kamień . Będzie przemawiał.
- W związku z zaistniałą niedawno sytuacją wynikają pewne komplikacje. Jak wszyscy wiecie, zostaliśmy zaatakowani przez duchy z Drugiej Strony. Dostałem informacje, że nie był to atak jednorazowy. Król mroku wydał rozkaz zlikwidowania wszystkich duchów pozostałych w tym świecie. Dziś miała miejsce mała próba. Po zlikwidowaniu nas, chcą pozbyć się wszystkich ludzi.Jednym słowem od teraz... Trwa otwarta wojna. Wszyscy zostaną przydzieleni do odpowiednich grup i przejdą szkolenie. Naszym planem jest dostanie się do stolicy Arrnar i zlikwidowanie króla mroku. Jeśli to się nie uda, wszyscy zginiemy. - Nie... To nie możliwe... Nie... Serce z łomotem uderza o moje żebra. Patrzę na Daniela, a on na mnie. chwytamy się mocno nawzajem i przyciągamy do siebie. Jakby chcąc zatrzymać się przy sobie. Wojna... Śmierć... Kolejni zabici przez nas... Nie chcę...
- Musimy zwerbować więcej zwierzoskórych! Wszystkie hybrydy mają za zadanie iść do miasta ludzi, wybrać odpowiednich i przyprowadzić do mnie. - Jego głos jest taki zimny. Tak do niego nie podobny... I w dodatku teraz to ja muszę być tą, która skarze na śmierć niewinnych... Niby jak mam wybrać... Jak wybrać kto pójdzie na śmierć...
- Żołnierze wroga ścieli bardzo dużo starych drzew, prawdopodobnie szukali serca lasu. Na szczęście nie spodziewali się, że jest ono tak młode. Niestety wiele lasów nie miało tyle szczęścia... Mamy od tej chwili miesiąc, na ukrycie serca lasu i przygotowanie się do walki. Zaczynamy jutro. Kierować wszystkim będą Wiola i Klemens wraz z Odettą, będą oni przewodzić trzema grupami. - Mówiąc wskazał dłonią na elfy i babcię Daniela.
- Pierwsza grupa, to grupa magów walczących, przewodzić nią będzie Odetta. - Wiedźma wspięła się na kamień i skłoniła lekko.
- Druga grupa, to magowie uzdrawiający, dowodzi jej Wiola - Teraz na skale stanęła elfka.
- I ostatnia, najważniejsza i najsilniejsza, czyli żołnierze serca, posługujący się siłą ciała i bronią. Przewodzi jej Klemens.- Patrząc na dobrze zbudowanego elfoskórego wiem już, że będę w jego grupie. Razem z Danielem.
- W brew pozorom jesteśmy silni, a przede wszystkim wytrzymali. Wierzę w nasze zwycięstwo. Wierzę w nas... Będziemy walczyć do ostatniej kropli krwi. Za nas. Za ludzi. Za ten świat. Za przetrwanie. I wiem... Wiem bo was znam... Wiem, że nie damy się zabić!- To koniec przemówienia.  Słyszę pisk. To jedna z driad z uniesioną głową wydaje z siebie ten dźwięk. ma splecione palce obu dłoni i przyciska je do piersi. Teraz kolejne. Ryki i wycia dołączają niej. Ja też podnoszę głowę. Wyję. Daniel mnie naśladuję. Ryk jelenia splótł się z wyciem wilka. W powietrzu unosi się harmonia długich, silnych dźwięków pełnych smutku i sprzeciwu. Płaczące oczy płoną. Nie damy się zabić, a ja zdecydowanie i niezaprzeczalnie nie dam zabić JEGO.

środa, 31 grudnia 2014

Wiersz .3. Znikam, przenikam powietrze.

Znikam, przenikam powietrze

Rozsypuję się.
Kiedyś ktoś rzucił mną
Zbyt mocno
I wtedy zaczęłam pękać.
Teraz sypię się jak figurka z piasku.
Rozpadam się na miliony kawałków.
Znikam, przenikam powietrze.
I choć chcę, to nie mogę płakać.

Nie wolno ci płakać.
Ile razy sobie to mówiłam?

Choć wiem, że znikam
To jest to przyjemne.
Miliony lusterek wybuchło w powietrze.
Z moich dłoni, oczu
Serca.
Ucieka ze mnie dusza. 
Żegnam ją pocałunkiem 
W połyskliwy policzek.
I po raz ostatni szczerze się uśmiecham.

sobota, 22 listopada 2014

Rozdział 9.Rdzawa pełnia

W tej właśnie chwili uświadomiłam sobie, jak ulotne jest szczęście. Kiedy zawył róg, a nasze dłonie zostały rozdzielone.
 Przez portal, ze strasznym hukiem wjeżdża a na polanę armia uzbrojonych po zęby duchów. Jest ich tak dużo. Oniemiałam. Stoję wryta w ziemię, mimo ewidentnie zbliżającego się niebezpieczeństwa. Na ich czele stoi centaur, jest ogromny. Ma granatową skórę, długie czarne włosy spięte w warkocz i ogon tego samego koloru. Cały jest w bliznach. Ma je nawet na twarzy, z której patrzą na mnie złowrogo rubinowe oczy. W wielkiej dłoni trzyma żelazny młot. Podnosi rękę i mierzy nim prosto we mnie. Nie zdążę już nic zrobić. Przez ułamek sekundy widzę przerażenie i strach oczach Daniela, świat poczerniał. Potworny ból w żebrach . Czuję jak chude palce wymykają mi się z rąk. Nie mogę go stracić. Ignorując ból odbijam się od podłoża jak piłka i  ryjąc piętami ziemię przybieram pozycję do skoku.
- Uciekaj!- Krótki rozkaz z moich ust, który nie zna sprzeciwu. Wzrok wrócił. Widzę jak  Daniel odskakuje do tyłu, unikając ciosu miecza jednego z krasnoludów, siedzącego na czarnym jednorożcu. Uderza plecami u pień drzewa. Fala żołnierzy zabiera mi widoczność. Zaraz go tam zabiją. Krzyk, odskakuję unikając srebrnej klingi. Muszę szybko dostać się na drugą stronę. Mój przeciwnik atakuje ponownie. To czarny faun. Ponownie umykam ostrzu. W ten sposób nie zdążę, jedyny sposób to utorować sobie ścieżkę wśród wciąż rosnącej liczby ciał . Siłą. Patrzę w złote oczy wroga. Wydaję z siebie dziki ryk, którym zaskakuję samą siebie. Odbijam się od ziemi i próbuję go przeskoczyć.Ten jednak uniemożliwia mi to uderzając opancerzoną głową w mój brzuch. Z trudem chwytam równowagę wracając do pozycji przyczajonego zwierzęcia. W okół panuje straszny hałas. Krzyki splatają się ze sobą tworząc mrożący krew w żyłach dźwięk. Serce bije mi jak szalone. Ogarnia mnie coraz większy strach.
- Odsuń się, nie chcę z tobą walczyć!- Spróbuję go przekonać. Prawdę mówiąc nigdy nie walczyłam i jestem w dużo gorszej sytuacji a zwracam się do niego jakbym darowała mu życie.
- Hahaha - Gardłowy śmiech raniący uszy.
- Tu jest wojna paniusiu! Istnieje tylko jedna zasada! Zabij, albo zgiń!- To mówiąc podnosi broń i rycząc celuje prosto w moją głowę.
- Tori!- W oddali słyszę krzyk Daniela. Głos mu się łamie. Jest przerażony.
BUM-BUM...
Nie.. Nie pozwolę...Nie mogę go stracić... Widzę błysk światła odbijający się w klindze miecza tuż koło mojej głowy. Jednym płynnym ruchem omijam klingę i wyprostowanymi palcami przebijam miękką szyję fauna. Czuję gorąco na palcach. Przeciwnik wydaje z siebie dziwny bulgot. Cofam rękę wyrywając ją z ciała. Na moja twarz spada kilka gorących kropli. Zabiłam go... Słyszę jak trup z hukiem upada na ziemię..  Jego serce bije jak szalone. Zwalnia. Już nie bije. Wpatruję się z niedowierzaniem w moją zakrwawioną dłoń. Paznokcie mi się wydłużyły. Są jak komplet małych sztyletów.  Naprawdę... Go zabiłam...
- Tori!- Daniel... Widzę go, otacza go wieniec wrogów. Zwinne unika ciosów. Powala jednego z żołnierzy skacząc i kopiąc go w szczękę z pół obrotu. Walczy też pięściami. Ciosy są silne. Daje sobie radę, ale przy tak dużej ilości przeciwników za chwilę padnie. Krzyczy. Dostał strzałą w ramię.
- Daniel! - Ruszam do przodu jakby wystrzelona z procy. Stojącym mi na drodze rozszarpuję gardła pazurami. Tańczę między ostrzami tak lekko jakbym unikała gałęzi. Zmieniłam się w dzikie zwierze które zabija nawet o tym nie myśląc. Fakt że coś może mu się stać... Wlewa mi w żyły czysty ogień. Wściekle rycząc dopadam w końcu jednego z dwóch otaczających go żołnierzy. Jeden ruch ręką i pada na ziemię. Daniel się męczy, do jego piersi zbliża się klinga ciężkiego dwuręcznego miecza. Zaciska zęby. Wyrywa strzałę z ciała zdrową ręką i potężnym kopniakiem wytrąca miecz z rąk przeciwnika. Krzycząc wbija strzałę w kark żołnierza. Ja rzucam się na zbliżającego się centaura kończąc kolejny żywot. Odwracam się. Patrzę w te piękne brązowe oczy i ich nie poznaję. Szeroko otwarte, z niedowierzaniem patrzą prosto na mnie. Muszę teraz wyglądać tak jak on. Stoimy na przeciw siebie a otaczają nas krzyki przerażenia. Kolejny dźwięk rogu. Koło nas przebiega chorda duchów obryzganych krwią. Wracają. To już koniec. Portal zamyka się. Teraz wyraźnie słyszę rozpacz w głosach wokół. Tylu ich łka, po stracie kogoś bliskiego. Trzymając się kurczowo martwego ciała. Widzę Rairę. Z jej ust wydobywa się nieludzki skowyt. W zakrwawionych ramionach kołysze... Lili... Dorian cały we krwi stoi osłupiały, podobnie jak my. Wszędzie na trawie roi się od rdzawych plam. Wszystko jest rozwalone, nie ma śladu po uczcie i ognisku. W powietrzu unosi  się zapach śmierci. Każde oczy które napotykam wzrokiem, są pełne obłędu. Tak strasznego widoku nigdy nie miałam przed oczami. Wracam wzrokiem do Daniela, jakby pragnąc się upewnić czy naprawdę żyje. Nasze oczy się spotykają. Robię krok, bezwiednie. Idę do niego a on idzie do mnie. Gdy jesteśmy już blisko chwytamy się siebie nawzajem tak rozpaczliwie, że nie wiem czy można nazwać to przytulaniem.Trzymając się razem kurczowo osuwamy się na kolana. Czuję ciepło na ramieniu. Wiem że teraz z jego szeroko otwartych oczu płyną łzy, tak samo jak z moich. Przez to jedyne pół godziny, które zazwyczaj wypełnione było śmiechem i magią, udało się komuś wylać tyle krwi. W tą pełnię księżyc zabarwił się na rdzawy kolor, i trudno go będzie zmyć z naszej pamięci. Nic się od teraz nie liczy, tylko to, że Daniel odwzajemnia mój uścisk.

piątek, 7 listopada 2014

Wiersz.2. Dom.

           Dom

Gdzie jest ten dom?
Bo te zimne cztery bryły...
Niczym są...
Ściany pełne krzyków
Mają w sobie mrok.
Ten dom... To nie dom...
Czy dom musi mieć ściany?
Bo gdy nie...
To u powały wisiał by mi w takowym
Kryształowy żyrandol z gwiazd utkany,
A na podłodze gobelin z trawy.
Moim psem wilk, matką mi ziemia,
A ojcem Bóg,
Uśmiechy słali by mi w deszczu i
W słońcu i w wierze,
Miłością gładząc pochyloną głowę
Dziecka co  żyje powietrzem.
Dziecka ziemi, siostry prochu,
Coby oddech swój splatało z matą ziemią.
Gdzie jest ten dom?
Chcę do niego.

sobota, 1 listopada 2014

Mały bonus

Cześć wszystkim
Ostatnio stwierdziłam, że mogą zdarzyć się spore odstępy czasu między kolejnymi rozdziałami ( tak jak w przypadku ostatniego) więc postanowiłam, że w ramach załatania tychże dziur będę dodawać moje wiersze , bądź zdjęcia. Postaram się robić to systematycznie, przynajmniej raz na tydzień, zobaczymy jak mi wyjdzie :p


            Długo...

Skruszone serce rozwiał wiatr
I utkwił je w gałęziach wierzby.
Długo płakała nad skruszonym sercem.

W błękitne oczy wbił się ból
I czarną pustkę pozostawił.
Długo nie przejrzy, bo ją świat odprawił.

Na białych palcach czarne łzy
I siatka cienkich blizn kolczastych.
Długo nie nie znikną te znamiona straszne.

poniedziałek, 27 października 2014

Rozdział 8. Świat, ten piękniejszy.

Otwieram oczy. Obejmuję jakąś postać. To Daniel. Stykamy się głowami. Leżę wtulona w jego plecy. Wczoraj musieliśmy zasnąć podczas rozmowy. Wciągam powietrze, wdychając zapach jego włosów. Pachnie jak nagrzane słońcem leśne igły i dzikie róże. Rodziców pewnie nie ma w domu, więc nie zauważyli nawet, że mnie nie ma. Mimo, że całą noc byłam nie wiadomo gdzie. Pierwszy raz jestem tak blisko kogoś. To miłe uczucie. Czuję i słyszę jak jego serce bije, spokojnym, jednostajnym rytmem. Jest taki niewinny, bezbronny.Podnoszę się. Nie wiem która godzina, ale czuję, że nie powinnam już leżeć. Stawiam stopy na litej skale podłoża jaskini. Podchodzę do kamiennego stołu pełnego przeróżnych owoców. Orianczycy hodują je w swoich ukrytych jaskiniach. To rośliny które przetrwały miliony lat tylko dzięki duchom. Najbardziej lubię turikę. Jest słodko gorzka, ma czarną skórkę i miąższ, tylko jej pestki są jaskrawo błękitne. Na moje szczęście jest ich cała miska. Biorę jeden z nich, wbijam doń paznokcie i rozdzielam na pół. Rozrywany owoc głośno trzeszczy. Jest dość twardy. Daniel jęknął i nieznacznie się poruszył.
- Wstawaj! Mam coś dla ciebie.- Brak reakcji. Hmm... A gdyby tak... Podchodzę do skalnej półki na której leży moja śpiąca królewna i z wrednym uśmiechem na twarzy pochylam się i delikatnie dmucham mu do ucha. Jak skoczył! Oczy ma jak piątki i miota się jak opętany, by w efekcie z pięknym hukiem spaść z łóżka.
- Hahahahaha!- Wybucham niekontrolowanym śmiechem. Jego mina tylko potęguje moje rozbawienie.
- Coś ty mi zrobiła?!- Widzę jak wzdryga się raz po raz pod wpływem przechodzących go dreszczy. Twarz ma czerwoną. Zakrywa uszy dłońmi.
- Jakoś musiałam cię obudzić. Zresztą tylko dmuchnęłam ci do ucha.- Chwytam się pod boki , uśmiechając wrednie.
- To dlaczego poczułem coś takiego?- Zdziwiony. W sumie, ma do tego prawo, nic nie wie o świecie do którego dzisiaj wkroczy.
- Zwierzoskórzy mają bardzo wrażliwe uszy i ogony, podobnie jak zwierzęta, powinieneś zacząć się przyzwyczajać.
- No tak! Przemieniłem się! Teraz będę mógł wszystko zobaczyć!- Podrywa się na równe nogi i biegnie w kierunku drzwi. O, nie tak prędko. Chwytam go w biegu za ramię i siłą sadzam na kamiennej ławie.
- Najpierw coś zjedz. Kiedy stąd wyjdziemy nie będziemy mieli czasu ani ochoty myśleć o jedzeniu, a uwierz mi w tej postaci głód jest cztery razy bardziej dokuczliwy niż w ludzkiej.- Patrzy na mnie z wyrzutem.
- No dobra...- Jak dziecko. Uśmiecham się. Wręczam mu połowę turiki.
- Jaki piękny owoc! On też należy do świata duchów?
- Tak, to turika.- Patrzę jak wgryza się w czarny miąższ. Oczy błyszczą mu z podniecenia. Co to będzie, jak my stąd wyjdziemy.
- Pyszne...- Skierował wzrok na mnie i promiennie się uśmiecha. Jest taki szczęśliwy. Jego największe pragnienie się spełnia. I to właśnie dzisiaj, kiedy będzie mógł przemienić się całkowicie i świętować ze wszystkimi pełnię księżyca. Spędzę moją pierwszą pełnię tutaj z nim.Biorę kolejny kęs owocu i uśmiecham się. Cieszę się, że cię mam. Pochłonęliśmy już chyba po cztery turiki, więc można uznać nas za najedzonych.
- To co? Idziemy?- Pytam
- Idziemy!- Niemal w podskokach biegnie do do drzwi groty. Już ma je otwierać, kiedy zamiera w bezruchu. Podchodzę i chwytam jego dłoń. Czuję jak chude, zimne palce zaciskają się na moich. Znów jesteśmy całością. Patrzy mi w oczy. Boi się. Skinęłam głową,po chwili odpowiada tym samym. Chwytam za mosiężną klamkę i powoli otwieram drzwi oblewając nas jasnymi promieniami słońca.
- Oto twój nowy świat... - Mówiąc ściskam mocniej jego dłoń. Stopniowo, na jego twarzy pojawia się uśmiech. Chyba jest najszczęśliwszą osobą jaką w życiu widziałam.
BUM-BUM...
Chcę, żeby ten uśmiech nigdy nie zniknął z tej bladej twarzy. Przed nami rozgrywa się scena typowa dla baśni i legend. Jakbym otworzyła jakąś książkę . Jesteśmy na polanie . Grupka krasnoludów tacha wielki, żelazny kocioł. Strzygi, wróżki i elfiki znoszą chrust i gałęzie na ognisko. Centaury dźwigają ogromne spróchniałe belki. Nimfy i driady na wielkich drewnianych stołach kroją zawzięcie jakieś grzyby, owoce i mięso. Kilka faunów wraz z Trian i Zurią błękitnym proszkiem znaczą ogromne koło woków całej tej krzątaniny. Mamroczą przy tym słowa jakiegoś zaklęcia. Pewnie tworzą barierę chroniącą dodatkowo przed ludzkim wzrokiem. Kilka faunich dzieci wraz z Tymonem łapią jakąś białą kulkę. W końcu widzę go w ludzkiej postaci. Jest szczupły, niższy ode mnie o głowę. Jego czarne włosy spadają kosmykami na szczupłą twarz. Oczy ma takie same jak kiedy jest kotem. Teraz nie odrywa wzroku, od tego co goni. Małe,puchate stworzonko biegnie prosto w naszym kierunku.
- Stój! Wracaj! Hahaha! - Tymon wydziera się jak opętany próbując dorwać uciekające mu zwierze. Czarne, kocie uszy położył po sobie i zawzięcie zamiata ogonem. Ale biała kulka chyba wyczuwając niepoczytalność w głosie napastnika postanowiła za wszelką cenę umknąć oprawcy. W tym celu wskoczyła prosto w ramiona oniemiałego ze szczęścia Daniela. Teraz mogłam się przyjrzeć stworzeniu dokładniej. To jest jedno z tych magicznych zwierząt, które zaliczają się do świata duchów. Ten akurat jest czymś między jeleniem a królikiem. Jest wielkości królika ma długie królicze uszy i cały jest porośnięty króliczym, białym, mięciutkim futerkiem. Jego przednie łapki zakończone są małymi kopytkami. Oczy ma duże i jasno brązowe, to kolejna z jelenich cech. Na jego czole wyrastają małe rozgałęzione różki. Pyszczek jest płaski jak u królika, jednak przypomina sarni.Dodatkiem pochodzącym z nieokreślonego źródła jest długi puchaty ogon.
- Co to jest?- Pyta Daniel drapiąc zwierzaka za uchem.
- To króleń, jedno z magicznych zwierząt należących do świata Orian.
- Jest piękny.- Biała kulka chyba czuje się u niego bezpiecznie. Wpatrują się w siebie nawzajem prawie identycznymi oczami. Chichoczę, to wygląda zabawnie.
- O! Złapałeś moje jedzonko! Wielkie dzięki, ale teraz oddaj królenia.- Zdyszany Tymon wraz z grupką małych faunów już szykują się do odebrania zwierzęcia Danielowi. Króleń ujrzawszy kotoskórego zaczął warczeć i prychać wbijając pazurki tylnych łap w ręce Daniela.
- Jedzonko?! Tymon! To jeden z nas!- Warknęłam
- O, Tori, nie zauważyłem cię. Może i to duch ale mięsko ma smaczniejsze nisz zwykły królik. - Już wyciągnął ręce w kierunku zwierzęcia, ale zatrzymałam go,z impetem  uderzywszy ogonem w wyciągnięte palce.
- Ała!
- Ani mi się waż! Nie dostaniesz królenia!
- Bo co?!- Niemal warczeliśmy na siebie wymieniając groźne spojrzenia. Małe fauny najwyraźniej wyczuły niebezpieczeństwo bo błyskawicznie zniknęły z pola widzenia.
- Bo on jest mój. - Wtrącił Daniel zaskakując nas obu.
- Jak to twój?- Tymon został tym stwierdzeniem nieco zbity z tropu.
- To mój zwierzak. Przecież widziałeś jak wskakiwał mi na ręce.
- No... Fakt... Widziałem...- Jeden zero dla Daniela. Któleń ocalony
- Przeproś mojego... Turiki, że chciałeś go zjeść. - Tymon demonstracyjnie przewrócił oczami i ze spuszczonym ogonem i stulonymi uszami wyciągnął rękę żeby pogłaskać zwierzaka.
- Przepra... Ała!- Króleń chyba nie przyjął przeprosin bo bez oporów użarł kotoskórego w wyciągniętą dłoń.
- Szty! Mały...- Zatrzymał się w połowie wypowiedzi, po czym zadarł głowę i pogardliwie zamiatając ogonem, odszedł w przeciwnym kierunku.
- Turiki?- Pytam wskazując na stworzonko.
- No co? Nic innego nie przychodziło mi do głowy.
- Możesz być z siebie dumny, uratowałeś temu małemu skórę. - To mówiąc pogładziłam Turikiego po białym grzbiecie. W odpowiedzi wydał z siebie śmieszny fukający dźwięk.
- Chyba jest szczęśliwy- Daniel uśmiechnął się i podsadził kólenia na ramię. Zwierzę umościło się tam i dla zachowania  równowagi wbiło pazurki w jego odsłoniętą skórę. Dopiero teraz zauważyłam krew na jego przedramionach.
- Ale cię podrapał, chodź musimy to zbadać ,  zwierzęta tego typu lubią mieć różne podejrzane właściwości.- Szliśmy starając się nie przeszkadzać innym w pracy. Daniel pochłaniał wzrokiem dosłownie wszystko. Czasem nawet zatrzymywał się i musiałam pociągnąć go za sobą, żeby szedł dalej.
- Przygotowują się do czegoś?- Spytał
- Tak, dzisiaj mamy pełnię księżyca
- Obchodzicie ją jak święto?
- Tak, to magiczny dzień. W każdą pełnię od za piętnaście dwudziesta czwarta  do piętnaście po pierwszej otwiera się portal do świata duchów. Nasze światy przez to pół godziny mieszają się. My możemy wejść do ich świata a oni do naszego
- To znaczy, że dzisiaj można porozmawiać z duchami?
- Tak, jak najbardziej. O, jesteśmy. - Podeszłam do stojącej nieopodal Zurii.
- Cześć Zuria- uśmiechnęłam się a ona odpowiedziała mi tym samym.
- Witaj Tori- Powiedziała swoim lekko flegmatycznym głosem. Spojrzała na stojącego nieco z tyłu Daniela.
- Kto to?- Szepnęła przysuwając się bliżej.
- To Daniel- Pociągnęłam go do siebie  - To z jego powodu zawracam ci głowę. Mogłabyś sprawdzić mu te zadrapania? Króleń go podrapał.
- Nie ma problemu. - Wyciągnęła swoje lekko błękitnawe dłonie i dotykała kolejno małych ranek. Jej zamglone oczy patrzyły z uporem na niepewną twarz Daniela.
- Są czyste, nie ma trucizny.
- Całe szczęście, dziękujemy ci bardzo.- Uśmiechnęłam się i pociągnęłam Daniela za sobą w kierunku Doriana którego przed chwilą wyłapałam w tłumie.
- Nie ma za co- odpowiedziała mi machając na pożegnanie, po czym wróciła do kreślenia wzorów z błękitnego piasku.
- Cześć Dorian.- Przywitałam kolejną znajomą mi osobę.
- Tori! Jak miło cię widzieć. Ciebie również Daniel. Wszystko już z wami w porządku?
- Tak już wszystko dobrze - Odpowiadam w imieniu nas dwojga.
- Widzę, że nabyłeś zwierzaka- Dorian z uśmiechem pogłaskał królenia.
- Tak, nazywa się Turiki.- Oznajmił Daniel,najwyraźniej dumny z nowego nabytku.
- Możemy się na coś przydać?- Pytam rozglądając się.
- Możecie tak jak ja, krążyć po okolicy i pomagać w czym pomóc trzeba- Dorian uśmiechnął się i rozłożył ręce wskazując wokół. Tak też zrobiliśmy. Cały dzień minął nam na krojeniu mięsa, układaniu stosów z gałęzi i chrustu, łapaniu błędnych ogników do specjalnych naczyń i wieszaniu ich na sznurach jak lampiony i wielu innych męczących zajęciach. Jest koło wpół do dwunastej w  nocy. Siedzimy na skraju polany, ukryci między drzewami. Daniel po raz pierwszy przejdzie całkowitą przemianę. Stoimy na przeciwko siebie trzymając się za ręce.
- Musisz zajrzeć w głąb siebie. Czujesz to? - Mówię spokojnym głosem, prowadzę go krok po kroku.
- Czuję...
- To teraz poczuj to mocniej. Niech to uczucie całego cię przepełni. Teraz po prostu... Przestań się mu opierać...- Czuję jak kości zmieniają swój kształt. Puszczam jego dłonie. On tez się zmienia. Czuję ogień w piersi. Gorące dreszcze pełznące po całym ciele. I w jednej chwili z naszych gardeł wyrywa się krzyk, który płynnie zamienia się w skowyt wilka i ryk jelenia. Stoi przede mną. Czuję ostry zapach jego sierści. Zaczynamy skakać i tańczyć w okół siebie z radości. Świat jest taki wyraźny. Biegniemy obok siebie szybko jak wiatr, przecinając powietrze ze świstem. Nasze oczy się spotykają. Patrzę w te wielkie brązowe koraliki i czuję bijącą z nich radość. Jesteśmy całością. Mimo tego jak bardzo się od siebie różnimy. Nasze serca biją w jednym rytmie. Jesteśmy jednym. Przez to, że nie patrzyliśmy przed siebie potykamy się o wystający korzeń. Teraz toczymy się w dół stopniowo wracając do poprzedniej formy. Radosne piski przechodzą w śmiech. Z hukiem wpadamy na polanę, pełną intensywnego zapachu jedzenia i palonego drewna.. Leżymy koło siebie i śmiejemy się głośno, jak małe dzieci uradowane niezmiernie jakąś zabawą. Jestem taka szczęśliwa. Nikt nie zwraca na nas uwagi bo panuje tu niesamowity gwar. Wszyscy śmieją się, jedzą i tańczą w rytm faunich piszczałek. Nad nami wiszą lampiony z błędnymi ognikami i girlandy kwiatów oblężone przez wróżki. Jest naprawdę wspaniale.
- Patrz! - Daniel zrywa się na równe nogi. Również wstaję, próbując znaleźć wzrokiem to o co mu chodzi. Widzę. Pulsujące, fioletowe światło zawieszone metr nad ziemią.
- To brama do świata duchów ? - Pyta przysuwając się do mnie. Boi się
- Tak, to ona, nie bój się, zaraz zobaczymy coś naprawdę pięknego.- Chwytam jego rękę, po raz kolejny. Powoli zaczynam czuć, że moja dłoń bez tych chudych palców jest niekompletna. Odwzajemnia uścisk. Czekamy cierpliwie, na powoli ukazujący się obraz. Nagle do naszych uszu dobiega przeraźliwie głośny, basowy dźwięk rogu...

piątek, 29 sierpnia 2014

Rozdział 7. Bo nie tylko ból utwierdza nas w przekonaniu, że wciąż żyjemy.

Głos. Ktoś mnie woła. Wyraźnie jestem wzywana. Pulsujący ból w skroniach. Moją twarz wykrzywia grymas bólu.
- Wszystko w porządku?- Czuję dłoń Daniela na moim ramieniu. W jego oczach widzę wyraźnie niepokój pomieszany z zaskoczeniem. Przed chwilą normalnie rozmawialiśmy. Czuję jakby coś miało zaraz rozsadzić mi czaszkę. Chwytam się za głowę. Z pomiędzy zębów wyrywa mi się syk.
- Tori! Tori, co się dzieje?!- Boi się. Chcę go uspokoić, ale nie dam rady, ja...
- Muszę iść...- Powiedziałam to na głos?
- Co? Niby gdzie?- Czyli tak. Coś mnie wzywa... Muszę iść... Biec... Szybko... Wstaję. Czuję jak Daniel chwyta moją dłoń.
- Co się dzieje?! - Ciało odmówiło mi posłuszeństwa. Oswabadzam rękę z uścisku chudych palców. Stawiam coraz szybciej kolejne kroki na miękkiej trawie. Czuję jak wysokie, pojedyncze źdźbła łaskoczą mnie w ramiona. Biegnę.
- Czekaj!- Słyszę, że podąża za mną. Wskakuję między drzewa. Długie gałęzie, zaopatrzone w ciemne, pachnące igły smagają mnie po twarzy. Brak kontroli. Czysty instynkt. To Dorian musi mnie wzywać, tylko on, jako mój król, ma do tego władzę. Stopy uderzają leśną ściółkę z taką siłą, że sypią się za mną zeschłe igły i grudki błota. Nie wiem gdzie zmierzam, ale jednocześnie wiem.
- Stój! - Wciąż za mną biegnie. Słyszę jak z trudem łapie powietrze. Chcę się zatrzymać. Nie mogę. Jestem blisko... Bardzo blisko... To tu! Hamuję, wbijając w ziemię i tak już całkiem brudne trampki. Drzewa są tu trochę przerzedzone. Jestem w pod jakimś wielkim, starym drzewem liściastym. To chyba kasztan. Daniel jest blisko. Odwracam się w jego kierunku. Z drzewa coś zeskakuje. W tym samym momencie, w którym Daniel wyłania się z pomiędzy drzew. Ta postać... To Dorian. Zderzą się! Chcę skoczyć, odepchnąć Doriana, ale jest już za późno... Huk. Kiedy ich ciała się spotykają Powstaje taki hałas jak przy uderzeniu pioruna. Zrywa się straszliwy wiatr. Rzuca mną jak szmacianą lalką w rosnącą za mną dużą sosnę. Paraliżuje mnie ból spowodowany uderzeniem. Co się dzieje?! Widzę ich. Dłoń Doriana leży na odsłoniętej klatce piersiowej Daniela. Spod palców fauna tryska oślepiające światło. Daniel podnosi się z ziemi. Wisi w powietrzu, jakby trzymany przez niewidzialną siłę za miejsce którego przed chwilą dotykał Dorian. Jęczy z bólu. Na mostku pojawia się coś w rodzaju pnącza pod skórą. Siatka cienkich nitek oplata teraz całe jego ciało. Z jego rozchylonych ust i szeroko otwartych oczu tryska to samo oślepiające światło. Nie możliwe...On... Przemienia się! Między włosami, nad czołem pojawiają się stopniowo, jakby utkane ze światła rogi, ale nie takie jak Doriana. To małe, jelenie rogi... Jego uszy zniknęły, na ich miejscu pojawiają się podobne do faunich. Na kości ogonowej wyrasta mały, sarni ogon. Światło oblepiło całą jego postać. Kolejny podmuch potwornego wiatru. Zapieram się nogami o drzewo w które przed chwilą uderzyłam. Ból w piersi jest nie do zniesienia. Muszę mieć połamane żebra. Daniel spada z hałasem na ziemię, tuż przed Dorianem.
- Daniel!- Ignorując potworny ból zrywam się do biegu. On tam leży, bezwładny, obolały, muszę mu pomóc... Pnącze na jego ciele zniknęło. Za to rogi, uszy i ogon zostały. Uderzenie bólu. Słyszę nieprzyjemny trzask mojej pękającej kości. Z piersi wyrywa mi się krzyk. Czuję jak kość przebija skórę. Upadam. Leżę na brzuchu, usiłuję podnieść głowę, żeby coś zobaczyć. Dorian stoi osłupiały parząc to na mnie, to na Daniela. On również nie wie co się dzieje. Daniel otwiera oczy. Podnosi się do siadu. Jego okrągłe ze zdumienia oczy patrzą wprost na fauna. Widzi go...  Ignorując ból wyciągam rękę. Chcę krzyknąć, coś powiedzieć... Chociaż szepnąć...  Ale nie mogę... Daniel przenosi na mnie wzrok.
- Tori!- Krzyk tak pełen lęku... Zrywa się. Biegnie do mnie. Obraz się zamazuje. Uderzam twarzą o ziemię. Jestem taka szczęśliwa... On już widzi... Wszystko mu pokarzę...Jakoś tu mokro... Leżę w kałuży? Czerwień... To krew... Skąd tu tyle krwi...

Budzi mnie przeszywający ból w klatce piersiowej. Krzyczę. Jestem zdezorientowana, nie wiem co się dzieje. Otwieram oczy. Świat jest zamazany. Nic nie wiedzę. Coś mnie trzyma. To czyjeś ręce. Mnóstwo rąk. Każde innej wielkości i temperatury. Wyrywam się. Ból wzmaga się. Panikuję. Krzyczę coraz głośniej. Czuję jakby coś wyrywało mi kawałek ciała. Palący, ostry ból, jak przebijanie mieczem. Dość! Nie wytrzymam więcej! Wiję się a z mojego gardła wydobywa się nieludzki, potworny krzyk przerażenia i bólu. Boję się... Nie mogę się ruszyć, nic nie widzę, a ból wciąż się wzmaga. Słyszę chrzęst kości. Moich kości. Najsilniejsze uderzenie bólu. Paraliżuje mnie. Krzyk więźnie mi w gardle. Mięśnie się rozluźniają. To koniec mojej męki. Ledwo żyję. Ból zelżał. Jestem wykończona. Zimny pot pokrywa całą moją skórę.
- Już dobrze, Tori... Już dobrze... - Głos Daniela... Przekręcam z trudem głowę w kierunku z którego dochodzi. Czuję jego chłodne palce na mojej rozpalonej dłoni. Nie wiedzę go. Świat jest czarny. Przytulam cię do jego ręki. Jest tu. Uśmiecham się. Już jest dobrze. Czuję jakbym spadała. W ten mrok, który mnie otacza. Świat gaśnie.

Po raz kolejny otwieram oczy. Tym razem świat jest wyraźny, przejrzysty. Żebra wciąż bolą, ale dużo mniej niż przedtem. Jestem w jakiejś jaskini. Wygląda na mieszkanie jakiegoś ducha. Na ścianach namalowane są motywy kwiatów i zwierząt. W kącie groty, wklinowane są w skałę rzeźbione, drewniane drzwi z mosiężną klamką. Na środku stoi kamienny stół otoczony kamienną ławą. Jest na mim piękny świecznik i kilka mis pełnych różnych owoców. Na ścianach i podłodze od czasu do czasu pojawia się mech. Mnóstwo tu świeżych kwiatów w glinianych wazonach i stosów starych ksiąg  Ja leżę na czymś w rodzaju wielkiej półki skalnej, zawieszonej jakiś metr nad podłogą. Jest pokryta liśćmi i mchem. Jest mi miękko i ciepło. Trzymam coś w ręce. To dłoń... Przekręcam głowę do tyłu. Daniel... Leży wtulony do moich pleców, przewieszając rękę przez moją talię. No tak, pamiętam jak chwyciłam jego dłoń, ale jak puszczałam już nie. Nie wygodnie mi. Przekręcam się w jego stronę. Robię to jednak zbyt gwałtownie. Ukłucie bólu maluje na mojej twarzy grymas. Boli bardziej, ale teraz mogę go zobaczyć... Ma takie długie, czarne rzęsy... Jego uśpiona postać jest taka spokojna. Kasztanowe włosy spadają mu na twarz. Z pomiędzy lekko rozczochranych włosów wystają małe, jelenie rogi. Bezwiednie wyciągam rękę. Są chropowate i jednocześnie idealnie gładkie. Odsuwam delikatnie pasma włosów zasłaniające jego uszy. Są całkiem jak faunie. Opuszką palca przejeżdżam po ich delikatnej skórze. Są jak brzoskwinia, mają taki sam puszek. Uśmiecham się. Cofam dłoń. Westchnął. Jego powieki nieznacznie się poruszyły. Podnosi dłoń do oczu. Tą wolną, teraz zdałam sobie sprawę, że wciąż trzymam jego dłoń. Nie chcę jej puszczać. Mam wrażenie, że chłód jego skóry miesza się z moim ciepłem tworząc temperaturę idealną. To bardzo miłe uczucie Przeciera oczy, by za chwilę je otworzyć. Teraz Patrzymy na siebie, z tak bardzo bliska. Czuję jak nasze dusze zespajają się ciasno ze sobą.
- Jak się czujesz?- pyta z troską w głosie.
- Całkiem dobrze, przedtem bolało dużo bardziej.- Widzę ból w jego oczach.
- Babcia składała ci magią połamane żebra... Mało które były całe... Były tu też twoje przyjaciółki... Trzymaliśmy cię... Tak strasznie krzyczałaś... Tak potwornie cierpiałaś... To było straszne...- W jego brązowych oczach widzę wzbierające łzy.
- A najgorsze jest to... Że to ja ci to zrobiłem... - On naprawdę myśli że to jego wina... Wyciągam rękę. Kładę moją gorącą dłoń na jego chłodnym policzku.
- To nie twoja wina, to magia przy przemianie tak mnie załatwiła, po prostu stałam za blisko.- Uśmiecham się. Patrzy na mnie z takim zdziwieniem, jakby był przekonany, że będę na niego wściekła. Bo w sumie mogłabym  być... Zamiast tego jestem bezgranicznie szczęśliwa. Teraz jest częścią mojego świata. I widzi mnie taką, jaką jestem na prawdę.
- Zresztą ból nie jest zły. Utwierdza nas w przekonaniu, że wciąż żyjemy.- Wypowiadane przeze mnie słowa nie wychodzą z mojej głowy, tylko z serca... I tak jest cały czas, kiedy z nim jestem...
- Nie chcę, żebyś już kiedykolwiek cierpiała... Przez ten cały czas czułem... Że cierpię razem z tobą...
- Całkiem jakbyśmy byli...- Urywam zdając sobie sprawę, że może nie powinnam mówić tego na głos.
- Jednością... - Kończy za mnie. Wpatrujemy się w siebie z niedowierzaniem, z każdą chwilą rozumiejąc więcej.
-Myślę, że jest jeszcze jedna rzecz, dzięki której wiesz że żyjesz...- Jest taki poważny.
- Co to takiego? -
- Szczęście...-  Uśmiecha się.
- Sprawię, że będziesz szczęśliwa.-  To kilka słów, wypowiedzianych z powagą przysięgi...
- To może nie być takie proste...- Stwierdzam ze smutkiem. Osoba taka jak ja, z takim podejściem do świata nie ma prawa być szczęśliwa. A  mimo to, własnie w tej chwili, jestem tym szczęściem przepełniona.
- Zrobię wszystko. Obiecuję, od teraz nie musisz cierpieć by pamiętać, że żyjesz.- Jego oczy płoną. Ściska moją dłoń. Czuję jak do moich szeroko otwartych oczu napływają łzy. Kilka słów, zwykła obietnica. A po praz pierwszy w życiu poczułam się dla kogoś na prawdę ważna.
- Dobrze.- Wydusiłam z trudem. Uśmiecham się. To najszczerszy uśmiech w moim życiu.
- Ufam ci- dodałam. Mówię prawdę, sama w nią nie wierząc. Po raz pierwszy... Bezgranicznie i absolutnie bez powodu komuś ufam... Chichoczemy. Jesteśmy jak małe dzieci, cieszące się każdą drobnostką, każdą chwilą spędzoną razem. Opieramy o siebie nasze głowy. Przepełnieni szczęściem. To proroctwo zaczyna przejmować kontrolę nad moim życiem... To że Dorian postanowił mnie wezwać, akurat w tedy, to że Daniel za mną pobiegł, to że się zderzyli... Nie mogło być przypadkiem. Mam w sobie tą świadomość, że w większości legend, osoba najbliższa głównemu bohaterowi  musi oddać swoje życie. Wiem że mnie prawdopodobnie czeka właśnie ten los. Choć tak niedawno pragnęłam umrzeć... To czuję, że oddając za niego życie jednak coś poświęcę. To głupie... Los ma w planie zabrać mnie z tego świata, własnie wtedy... Kiedy zaczynam chcieć żyć...  Mogę od tego uciec. Cały czas mam wybór. Ale kiedy patrzę w te oczy... Myślę ,że oddałabym dużo więcej niż tylko życie... Za niego oddałabym duszę...